Konie, Ogłoszenia, Handel, Giełda Koni, Koński Targ
niedziela, 20 grudnia 2015

Kiedy po roku – no prawie – wróciłam do mojego ostatniego wpisu, pomyślałam, że kolejny powinien się zacząć właśnie tymi słowami. A później pomyślałam: „Kurczę, naprawdę aż tak dawał mi w kość? To co mam powiedzieć teraz?...” – Mamo nie chcę, nie będę, nie, nie, nie.

Krzyk na poziomie głośności takiej, że nie słychać własnych myśli a właściwie to nawet nie chce się ich mieć. Ale kolejną odsłoną jest „Mama, ja też kocham!” i przytulasy, buziaki
i po prostu dobre dni. I nadzieja, aby takich było jak najwięcej.
Ale początek tego roku był zupełnie inny niż jego zakończenie. Każdy marzy o dobrym zakończeniu i takie właśnie przypadło nam w udziale. Mnie, Bąblowi i G. który został najprawdziwszym i najlepszym Tatą Bąbla. Odnalazł się brakujący „element” układanki naszego życia, które już prawie dziesięć miesięcy jest pełne szczęścia, miłości i codziennych wyzwań, które wspólnie we trójkę podejmujemy. Wspólnie przeżywamy wzloty i upadki, stanowimy nierozerwalną całość i zmagamy się nawzajem ze swoimi słabościami i wadami.

Uczymy się również bycia rodzicami, wspólnie. Kiedy jeszcze byłam sama i marzyłam o pełnej rodzinie nie sądziłam, że dwoje rodziców wychowujących dziecko może mieć tak odmienne zdania na pewne tematy i kwestie wychowawcze i że do osiągnięcia kompromisu nie zawsze wystarczy buziak i magiczne słowa „kocham cię”. A jednak. Codziennie życie stawia przed nami konieczność szukania wspólnych rozwiązań i metod wychowawczych lub też szukania konsensusu. Nie jest łatwo, ale za nic nie zamieniłabym tej naszej wspólnej codzienności na niezależność i samotność, której miałam już aż za dużo. Doceniam to, co mam. Staram się i wierzę, że czeka nas długie i szczęśliwe wspólne życie. Jeśli oboje będziemy na to pracować.

 Tradycji stało się za dość. Nie dość, że powracam do pisania po długiej przerwie to jeszcze piszę zupełnie nie o tym o czym pierwotnie chciałam. A miałam pisać o pomaganiu. Idą święta, większość społeczeństwa poddaje się ciepłemu, rodzinnemu nastrojowi, ogląda wzruszające spoty reklamowe i pomaga albo nie. Tylko czym charakteryzuje się ta pomoc? W telewizji oglądamy kampanie dotyczące wspierania chorych dzieci, ewentualnie młodszej młodzieży, najczęściej z niepełnosprawnością ruchową lub sprzężeniem. Dlaczego? Będzie brutalnie. Bo dzieci wzruszają, bo coś ściska w dołku i człowiek chce dołożyć cegiełkę na lepsze jutro małych pacjentów. Super, z pewnością na to zasługują i jest to dla nich nie rzadko pomoc ratująca życie, ale... nasuwa mi się pytanie, patrząc codziennie w swojej pracy na najróżniejsze przypadki, dlaczego w tych kampaniach, spotach i akcjach medialnych pomija się dorosłych ludzi z niepełnosprawnością? Nie są wystarczająco wzruszający?... Świadomość społeczna może być mniejsza oczywiście w zakresie pewnych ustaw i rozporządzeń, ale bardzo szybko, mając otwarte oczy, można zorientować się, że wokół jest ogromnie dużo osób dorosłych, które w wieku dwudziestu kilku lat opuszczają ośrodek, do którego nie mogą już uczęszczać ze względu na ukończony określony wiek (gwoli ścisłości 25lat) i gdzie trafiają? W optymistycznej wersji wydarzeń do domu dziennej pomocy lub też jakiejś placówki ze stałym pobytem, w której najczęściej wegetują – zwłaszcza osoby o głębokim stopniu niepełnosprawności – zaś ci, którzy nie mają takich opcji zostają dwadzieścia cztery godziny na dobę w zamkniętym mieszkaniu, traktowani jak niemowlaki do końca swoich dni, pozbawieni rehabilitacji, szans na rozwój i oderwania się od szarej codzienności. To nie jest tak, że nie współczuję małym dzieciom. Absolutnie tak nie jest. Ale boli mnie, że granie na ludzkich emocjach jest tak powszechne i bezczelne.  

sobota, 31 stycznia 2015

Zastanawiałam się ostatnio, przeglądając stare wpisy na blogu, co po takiej przerwie spowodowałoby, że znowu bym coś napisała.. Powód banalny. Zły dzień, no dobra, powiedzmy, że gorszy, do złego trochę mu brakuje, chociaż... parę przemyśleń, jeden film i tak zwany ogólny nastrój na bardzo średnim poziomie. Aha, do pakietu tzw. pozytywów mogę jeszcze dodać wyjątkowo upierdliwy dzień bąblowy. Nie wyszła mu drzemka, za to idealnie wychodzi mu robienie mi na złość. Tudzież rozrabianie i niesłuchanie się, tak po prostu.
Szczerze mówiąc bywa ciężko. Jedna sytuacja, dwie, trzy, (...), dwadzieścia siedem.. ok, przyjmijmy, że po tej przestałam liczyć. Wtedy już najmniejsza pierdoła zaczyna doprowadzać do pasji. "Nie wiem dlaczego jesteś podminowana.." No cóż, może dlatego, że cały mój dzień kręci się wokół "nie rusz", "nie wolno", "uważaj"... a On i tak ma mnie dzisiaj po prostu w dupie. Wiem, może nie powinno się tak mówić, ale tak po prostu jest. W międzyczasie przychodzi, przytula mnie, serwuje buziaki, ale stosunek buziaków i uśmiechów do upierdliwości i krzyków wynosi dzisiaj 2:98. Może z czymś tam po przecinku jeszcze. Nie wiem czy wszyscy samotni rodzice tak mają (tak, zdaję sobie sprawę z tego, że samotni ojcowie też gdzieś tam funkcjonują), ale to wysztko potrafi porządnie przytłoczyć. Od góry do dołu, jakby coś spadało na głowę i przygniatało do ziemi... jednostajnie, brutalnie, rytmicznie wręcz. Cały ten poziom upierdliwości zwykle dzieli się na dwa, raz się powkurza matka, raz ojciec i jakoś razem ogarniają tę kuwetę. W przypadku samotnego rodzica upierdliwość w stu procentach celowana jest w jedną osobę. I nie ma od niej ucieczki. Jasne: kuchnia, łazienka, w luksusowej sytuacji drugi pokój nawet, ale to jest chwila. Możesz wyjść, pouderzać w poduszkę, policzyć do dziesięciu (serio? chyba stu dziesięciu...), poprzeklinać ewentualnie, jeśli pociecha jest jeszcze na etapie nie powtarzania i nie mówienia (noo to u nas już odpada ten punkt) lub zrobić cokolwiek żeby sobie ulżyć, w czasie którym dziecko nie ma możliwości zrobienia sobie krzywdy pozostawione samo (pół sekundy powinno wystarczyć, kilka sekund to już może być za długo. no chyba, że pierworodnego zostawimy w łóżeczku, wtedy możemy sobie pozwolić na komfort kilku minut odreagowania). 

To nie jest tak, że macierzyństwo, czytaj samotne, bo o takim tylko mogę się wypowiadać, ma same minusy. Jasne, że nie. We wszystkim można się doszukać pozytywów. Kwestia jest tylko tego rodzaju, że czasem ciężko jest wytłumaczyć innym na czym polega trudność tej sytuacji i dlaczego tak naprawdę te trudne momenty determinują cały dzień - nie każdy, ale są i takie. I dlaczego jedno wyjście w miesiącu, o ile się takie zdarzy - nie licząc codziennego wyjścia do pracy - to za mało, żeby odpocząć, złapać oddech i pocieszyć się tym, że przez tych, powiedzmy, parę godzin jestem sama ze sobą. A to niestety naprawdę za mało. I przez to takie dni jak dzisiejszy sprawiają, że mam ochotę usiąść i wyć, bo nie mogę na chwilę nawet uciec od jęczenia, marudzenia i krzyków. 
Jakby ktoś miał wątpliwości, mam cudowne dziecko. Kochane, grzeczne, uśmiechnięte i samodzielne jak na ten etap. Ale to tylko dziecko i to normalne, że czasem się nie słucha. I tak, ja naprawdę zdaję sobie z tego sprawę i nie pomaga mi gadanie, że tak to już jest, albo trzeba przez to przejść albo cokolwiek podobnego. Nie jestem głupia, wiem, że tak jest i wiem, że czekają nas dużo trudniejsze chwile. Tylko niech mnie nie pouczają ci, którzy nie wiedzą nic o naszej sytuacji. Bo nikt nie jest alfą i omegą. Od nikogo nie wymagam, żeby wiedział wszystko i potrafił zareagować w każdej sytuacji i pomóc wtedy kiedy tego potrzebuję, jeśli nie wie jak to zrobić. Tylko trzeba umieć się do tego zwyczajnie po ludzku przyznać. 

Ok. Tytuł miał się odnosić do czegoś innego, chociaż metaforycznie można go z treścią tego wpisu powiązać. Ale niech zostanie. Może ten drugi temat szybciej zmobilizuje mnie do stworzenia kolejnej notki.

Mały zasmarkaniec zasnął. No cóż, to może kawa?

czwartek, 17 lipca 2014

Czasem mam wrażenie, że sporo rzeczy mi umyka. na moje własne "życzenie". Pewnych spraw nie zauważam, czas mija, ja się wkurzam, bo zmęczenie, bo ból głowy, bo niskie ciśnienie, bo jeszcze coś... Bąbel rośnie, spędzam z nim ten mijający czas, ale tak naprawdę najwięcej Go obserwuję paradoksalnie w nocy. Wtedy widzę jak się zmienia, jak z noworodka stał się niemowlęciem, a teraz patrzę już na małego chłopca. Inne rysy twarzy, inna budowa, taka już proporcjonalna.. mały wielki człowiek. W ciągu dnia hasający po całym mieszkaniu, gdzie słychać plaskanie małych rączek kiedy raczkuje z jednego pokoju do drugiego, a w nocy wędrujący po łóżeczku, od jednego kąta do drugiego. 
Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że fascynujące może być obserwowanie śpiącego dziecka pewnie kazałabym mu się postukać w głowę. Ale zupełnie inną bajką jest widok własnego Malucha, na którego patrząc widzi się oczami wyobraźni całe jego życie. Ten widok jest po prostu piękny.

Ale życie niestety nie ogranicza się do oglądania ładnych obrazków. I ciągle szuka okazji żeby dać kolejnego kopa. No i dało. Nie, nie będzie spełniania marzeń. Nie teraz. Jeszcze. Będzie walka o każdy kolejny dzień, normalny, zwyczajny. Walka o minimum tego co jest potrzebne do funkcjonowania. Zanim cokolwiek innego to na razie na tapecie jest temat: praca. Poszukiwanie. Uparte, zawzięte, upierdliwe wręcz. Bo nie jestem studentem. I nie mam orzeczenia o niepełnosprawności. I nie mam doświadczenia w byciu superzajebistym pracownikiem w kretyńskich branżach. I nie jestem typem okładkowej modelki. I.. wysyłanie moich CV sprowadza się do wszystkiego tego czego nie chciałabym robić. Ale coś MUSZĘ. Więc szukam.
A kurs? Zaraz... jak to było? "Chcesz rozśmieszyć Boga? Opowiedz mu o swoich planach". No, także Bóg w ostatnim czasie musi mieć wyjątkowo dobry humor. Powiedzmy, że to tak w ramach szukania plusów w sytuacji. 
Szczerze? Mam dość. Chcę normalności. No nikt nie powiedział, że nie moge. Więc chcę! 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Stęskniłam się za posiadaniem marzeń. Tak po prostu.
Swego czasu były, krążyłam wokół nich, robiłam co się dało żeby nie stracić ich z oczu, aż w którymś momencie zaczęłam się od nich oddalać. Nie wiadomo kiedy skręciłam nie w tym kierunku co trzeba i coś zostało za mną, a żeby do tego wrócić muszę iść drogą nieco dłuższą, bez gwarancji, że wrócę ta, skąd wyruszyłam. Ale może to dobrze? W końcu w życiu nie chodzi o to, żeby kręcić się w kółko, tylko iść przed siebie, pokonywać nowe trudności, zdobywać nowe cele i szukać kolejnych dróg. Czy lepszych? To już zweryfikuje czas.
Teraz jednak zaczęłam marzyć od nowa, nie wracając do starych wydeptanych ścieżek. Rozglądam się za nowymi możliwościami, daję sobie szansę na kolejny start, chociaż zanim wyruszę dokładniej niż wcześniej analizuję swoje szanse. Jednak zawsze zostaje ziarno niepewności, element zaskoczenia. Coś co z jednej strony napawa lękiem, a z drugiej mobilizuje do działania. Bo może się udać Bo jest szansa, że w końcu coś ruszy i będzie lepiej. 
Bo dlaczego nie teraz? Dlaczego nie tutaj?
W życiu czasem trzeba podejść do pewnych spraw od tyłka strony. Tak będzie i tym razem, choć nie do końca, bo środek do celu jest również celem samym w sobie. Nareszcie mam na czym skupić swoje myśli i energię (poza tymi, które są zarezerwowane dla Bąbla) i znowu mam przed oczami cel, do którego uparcie i zawzięcie będę dążyć. 
Kocham ten stan. Chce mi się chcieć. Tylko czas sprawia, że przestępuję z nogi na nogę, ale czas minie i po czekaniu nastanie działanie. Jeszcze tylko troszkę... A póki co...

 

czwartek, 22 maja 2014

Bąbel obudził się dziś skoro świt, jak zawsze. Zjadł pierwsze śniadanko i miał się pobawić. Generalnie jednak zabawa zamieniła się w prawie godzinny krzyk/ryk, jak zwał tak zwał, w każdym razie coś, co dało się uspokoić li i jedynie na moich rękach. Grunt, że w ogóle się dało. Teraz zasnął snem prawie spokojnym, a ja mogłam zrobić coś na co miałam ogromną ochotę... Po nocnych polaków rozmowach, jak zresztą codziennie, z samego rana największą chęć miałam na porządną pyszną kawę.
Pierwszy łyk i akumulatory zaczęły się ładować.
I ten pierwszy łyk nagle zaczął przywracać mi wspomnienia sprzed dwóch lat. Kiedy zaczynałam dzień od wizyty w stajni, nakarmienia koni, a później spędzałam dobre pół godziny na tarasie z czarną mocną kawą. To był mój moment, kiedy mogłam odetchnąć, nacieszyć się ciszą, chwilą spokoju zanim praca rozkręciła się w gospodarstwie na dobre. Tego jednego momentu w ciągu dnia chyba najbardziej mi z tamtego okresu brakuje. Nawet wieczorne przesiadywanie na zewnątrz nie było tak wyjątkowe. Jasne, fajnie było wyjść na zewnątrz, nie słyszeć samochodów, tylko odgłosy koni ze stajni lub z padoku, ale to nie było to samo co te cudowne poranki. Żałuję, że właściwie nigdy nie zrobiłam zdjęcia tamtego widoku. Niby nic takiego, ale tamte chwile przyniosły mi wiele myśli i dzięki nim z pewnością również podjęłam pewne określone decyzje. Wniosek jest jeden. Na pewno trzeba tam jeszcze kiedyś wrócić.:) 
 

poniedziałek, 19 maja 2014

Czego pragną kobiety właściwie każdy wie jak się chwilę zastanowi. Najczęściej osiągnięcia jakiegoś wybranego przez siebie poziomu w pracy, założenia szczęśliwej rodziny, dobrego męża, zdrowych dzieci i udanego seksu. Plus ewentualnie psa.:) A czego chce mężczyzna? No i tutaj rozwiązanie zagadki jest zaskakująco o wiele trudniejsze. No bo niby niezależności, ale w sumie jak kobieta jest u boku to nie jest takie złe. Właściwie założenia rodziny też chce, ale żeby podjąć tą ostateczną decyzję musi się bardzo poważnie zastanowić, przeanalizować wszystkie za i przeciw i.. właściwie dalej nie wie. Teoretycznie ustatkowałby się, ale z drugiej strony fajnie jest nie musieć za nikogo poza sobą odpowiadać i korzystać raczej z przyjemności niż spełniać wymagania. No i tak można sobie wnioski i argumenty mnożyć. 
A co jeśli pragnienia mężczyzny i kobiety nie są spójne? Albo nie wiadomo czy są, bo on nie podejmuje ostatecznej decyzji? Jeśli wiadomo, że pochodzą z dwóch różnych bajek to nie ma sensu rwać włosów z głowy z głębokiej rozpaczy. Rozchodzą się w dwie różne strony, życzą sobie powodzenia i szukają innych dróg. Nie? To nie. A jeśli nie są pewni czy te ich dążenia zmierzają w jednym kierunku to najlepiej dać temu czas. Na spokojnie, bez ciśnienia. Jasne, że ona będzie sobie wyobrażać co by było gdyby, jest tylko człowiekiem i ulega emocjom. A on? Będzie myślał. Analizował. Zastanawiał się. I w końcu pewnie dojdzie do jakichś wniosków. A wtedy wszystko stanie się proste, bo obojętnie do jakich wniosków dojdzie decyzja będzie mogła być jedna z dwóch. Nie będzie już niepewności. A to najważniejsze. Ale jeśli warto można poczekać. Ile? Nie wiem. Jeśli przestanie zależeć to znaczy, że nie było warto. Ale jakby nie patrzeć wtedy też sytuacja będzie jasna. Wniosek? Nie ma tego złego.:)

 

wtorek, 13 maja 2014

Wczorajszy dzień był tak trudny, że jak teraz o tym myślę to zastanawiam się jak ja przez to przeszłam. W życiu nie wyobrażałam sobie w najczarniejszych scenariuszach nawet, że moje dziecko zobaczy po raz pierwszy swojego ojca w laboratorium na pobraniu materiału do badania DNA. 
Biologiczny był już na miejscu kiedy przyjechaliśmy. Tylko raz spojrzał na Patryka, a później siedział kretyn odwrócony do okna i nie odezwał się ani słowem.
Chyba pani doktor dzięki swojemu ciepłemu nastawieniu tylko sprawiła, że nie uciekłam stamtąd strzeliwszy przedtem rzeczonemu tatusiowi w ryj. Nienawidziłam go z całego serca kiedy był tak skrajnie arogancki i próbował udowodnić, że nic go to nie rusza i ma nas tak głęboko w dupie, że głębiej się nie da.  
A ja przez cały ten czas myślałam tylko o jednym. O tym że kiedyś będę musiała kryć tą mendę przed Bąblem, bo nie wyobrażam sobie, że mogłabym dziecku powiedzieć o tym, że jego ojciec od początku go nie kochał i nie chciał uczestniczyć w naszym życiu. To będzie najtrudniejsza rozmowa w moim życiu, wiem to już teraz, mimo że mam jeszcze parę lat żeby się do niej przygotować. Nie wiem co mu powiem. Będę się nad tym zastanawiać później.
Mam tylko nadzieję, że to przez co teraz przechodzimy jest tym dołem, po którym nie można już upaść niżej i będzie mogło być tylko lepiej.  

I coś w temacie:

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Kto by pomyślał, że niebieska mama nawróci się blogowo z tak prozaicznej przyczyny jaką jest... niewyspanie. Co jakiś czas myśl o blogu powracała natarczywie, ale zwykle coś ją hamowało. A to czynności dnia codziennego typu sprzątanie, pichcenie [słoiczków wszelakich zwłaszcza] czy po prostu zabawa. A to piękna pogoda, której nie można było nie wykorzystać w wyniku czego spacerowaliśmy i spędzaliśmy całe dnie na działce a Bąbel ma tego dowód na swoim rumianym licu, mazianym już kremem z filtrem, ale dzióbek wystawiony na słonko zmienił kolor mimo wszystko. A to sporadyczne zajęcia mamusiowe końskie oczywiście... I tak można mnożyć preteksty na "nie". Aż w końcu dla odmiany zaczęłam szukać pretekstów na "tak". 
No i sam przyszedł. Bąbel obrócił się o 5.30 z pleców na brzuszek i zaczął wędrować po łóżeczku pokrzykując przy tym donośnie, a po śniadaniu wcale nie miał zamiaru kontynuować spania. Toteż po nędznych próbach negocjacji ulokowałam go u siebie w łóżku z naiwną nadzieją, że posiedzi, pogada i się zmęczy... No w sumie tak było. Tyle, że zmęczył się trzy godziny później, zdążył obudzić Chrzestną, rozbudzić doszczętnie mnie, po czym wyżłopał rozkosznie mleczko i odpłynął. A ja zaczęłam się zastanawiać czy jest w ogóle sens się kłaść i doszłam do wniosku, że nie, bo w takim stanie i tak już nie zasnę, a i tak nie ominie mnie mocna kawa do przeżycia reszty dnia. Tak więc postanowiłam odkurzyć blogowe zakamarki, aż mi się przyjemniej na duszy zrobiło i chyba spróbuję postanowić poprawę i pobyć tu nieco częściej i nieco intensywniej. 
Tymczasem idę jeszcze chwilę się powylegiwać, a później śniadaniujemy i idziemy grzać mały i wielki zadek na słonko. A jeszcze trzy dni i majówka. Ach, morze już na nas czeka, a my czekamy na morze! 

niedziela, 15 grudnia 2013

Kto by pomyślał, że czas będzie płynął tak szybko. Już ponad trzy miesiące minęły odkąd urodził się Patryś. Ja w roli mamy już nie czuję się niepewnie i nie mam wątpliwości co do tego czy to dobry moment. Od początku radzimy sobie całkiem nieźle, uczymy się siebie nawzajem każdego dnia i zmagamy się z nowymi wyzwaniami. Już zaczęły się pojawiać wszędobylskie zabawki, pieluszki, butelki i smoczki. Taki nasz mały nieład artystyczny :) Ale lubię go, bo przypomina o tym, kto aktualnie jest dla mnie najważniejszy.
Nie fiksuję jednak i dbam o moje pasje, jak mogę - wróciłam do jazdy konnej, na razie nie regularnie, ale w ogóle, a to jest dla mnie najważniejsze. Zmierzam powoli w kierunku dalszego realizowania marzeń.
Święta póki co, będą i miną. Nic szczególnego, ale spróbujemy nadać im taki charakter, żeby Patryś mógł się czuć spokojnie i bezpiecznie.
A ja planuję, rozmyślam, analizuję... i czekam aż te małe rączki i nóżki zaczną być coraz silniejsze, aż zacznie siadać i wstawać. I będziemy mogli bawić się na różne ciekawe sposoby i spacerować poznając świat na nowo, w dosłownym i metaforycznym znaczeniu tego słowa.

Dobrze mi z tym jak jest. Pomimo tego, że nie jest łatwo. I nie zawsze przyjemnie.
Niebieska mama pokochała swoją nową życiową rolę.

piątek, 02 sierpnia 2013

Nie chcę zapeszyć, ale póki co zgaga okazała się jednorazowym problemem. Pamiętam o tym, żeby nie jeść bezpośrednio przed snem, na kolację nic ciężkostrawnego i na razie jest dobrze. Poza tym bez zmian, bóle pleców i takie tam drobiazgi.
Dzisiaj postanowiłam zebrać rzeczy dla Patrysia na wyprawkę. W zasadzie wszystko już mamy czego potrzebujemy, trzeba to tylko poskładać razem. Ubranka, smoczki, pieluszki, krem przeciw odparzeniom, płyn do kąpieli itd. Zastanawiam się tylko jak z góry zaplanować ubranka do wzięcia skoro nie wiem jaka będzie pogoda we wrześniu. Ale coś czuję, że raczej cieńsze ciuszki nam się przydadzą. No ale zobaczymy, trzeba będzie przygotować się na różne ewentualności.
Czeka mnie jeszcze spakowanie torby z rzeczami dla siebie, zamierzam to zrobić w przyszłym tygodniu, jak tylko dokupię jeszcze parę drobiazgów w aptece.
Siedzenie na tyłku i nicnierobienie nie wychodzi mi najlepiej, więc myślę i kombinuję co by tu zrobić z tym czasem ciekawego. No i trafiłam niedawno na stronę fundacji Mam Marzenie, kiedyś już tam zaglądałam, ale niestety z powodu nadmiaru innych zobowiązań nie miałam jak się tam poudzielać. Tym razem jednak zajrzałam na stronę poczekalni olsztyńskich pacjentów i stwierdziłam, że pięknie byłoby przyczynić się do spełnienia chociaż jednego małego wielkiego marzenia. Zaczęłam od paru maili no i stało się - prawdopodobnie uda się zorganizować wyjazd dla siedmioletniego chłopaczka na spotkanie z hodowcą psów zaprzęgowych i przejażdżkę zaprzęgiem! Czekam teraz na kontakt ze strony koordynatorki, bo w zasadzie zostanie nam tylko ustalenie terminu i zorganizowanie dojazdu chłopcu. Niesamowite emocje, mam nadzieję, że wszystko się uda, hodowca, z którym się kontaktowałam wyraził chęć współpracy, więc wszystko jest na dobrej drodze. Nie mogę się doczekać, aż będziemy mogli powiedzieć Kubusiowi, że jego marzenie zostanie spełnione!
Fantastycznie jest przyczynić się do czegoś dobrego, chociaż raz na jakiś czas.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25