Z jednej strony myślę sobie, że niegłupio byłoby na ten tygodniowy weekend gdzieś się przejechać, zmienić otoczenie i klimat, ale z drugiej strony nic mi tutaj tak naprawdę nie przeszkadza. Goście zaczęli się pojawiać od piątku, a teraz trwa rotacja; jedni wyjeżdżają, inni przyjeżdżają. W weekend odwiedziła nas grupa sympatycznych ludzi z Krakowa. Poza tym, że prawie całą noc z soboty na niedzielę przesiedziałam z chłopakami przy ognisku, panowie zwerbowali mnie do sauny (nie żałuję, ale zdecydowanie korzystniej jest przebywać w niej krótkimi odcinkami czasu), a dziewczyny postanowiły przełamać swoje lęki i wsiąść na konia. Jak na tak krótki czas sporo się nauczyły, ale nie to było najważniejsze. Najpiękniejszy był ich zachwyt nad koniem, nad przyjemnością z jazdy i ten uśmiech, który nie schodził przez cały czas przebywania w pobliżu koni. Po to właśnie warto powtarzać w zasadzie co pół godziny dokładnie to samo, tłumaczyć kilka razy jedną i tą samą kwestię, żeby móc zobaczyć, że ktoś zaczyna CZUĆ kontakt z koniem, odnajduje równowagę i rytm. Dla mnie to jest źródło największej satysfakcji. Bezwzględnie. Weekend majowy tak naprawdę nie różni się niczym od pozostałych dni, może jedynie tym, że daję młodzieży nieco więcej luzu, ale jutro zamierzam wsiąść przynajmniej na Erosa, żeby dalej pracować nad jego rozluźnieniem i wyprostowaniem zwłaszcza. Poza tym cały czas koncentruję się na wakacyjnych turnusach obozowych. Skończyłam opracowywać regulaminy, spisałam ramowy plan dnia, który i tak ulegnie jeszcze sto pięćdziesiąt razy modyfikacji, no i tworzę program obozów, żeby miało to ręce i nogi. Przedwczoraj spisałam też zamówienie na najpotrzebniejszy sprzęt, wyślemy je po długim weekendzie i wtedy też dokupimy brakujące siodła, które zostały już zamówione. Wszystko małymi krokami zaczyna się układać, dopełniamy brakujących szczegółów, planujemy i przewidujemy do znudzenia, żeby zrobić jak najwięcej dla obozowiczów, którzy u nas wylądują. Kończę też kompletować kadrę na wakacje, aktualnie potrzebuję jeszcze dwóch osób, jednej na stanowisko wychowawcy kolonijnego, a drugiej jako pomoc instruktora/stajennego. Mam nadzieję, że uda nam się stworzyć zgrany, dobrze działający zespół i wszystko pójdzie jak należy. A jutro chyba pojadę na wycieczkę... może zmobilizuję się żeby obejrzeć wschód słońca na plaży z perspektywy końskiego grzbietu?
Ten weekend był dziwny. Niby ok, ale jednak gdzieś w środku pozostał niesmak i rozczarowanie. No trudno. Nie wszystko da się przewidzieć i nie nad wszystkim można mieć kontrolę. Może będzie lepiej. Przede wszystkim, jeśli ja sobie poukładam pewne rzeczy, ale tak naprawdę i tak do końca. Moja pokrętna psychika skutecznie mi to utrudnia, ale może jakoś dam radę. Muszę. Dla własnego komfortu psychicznego zwłaszcza. Wczoraj trudny wieczór i noc spędzona między stajnią i mieszkaniem, bo miałam podejrzenie kolki u kobyłki. Na szczęście przyjechał wet, wstrzyknął jej co nieco w żyłę i sytuacja została skutecznie opanowana. Teraz jeszcze tylko niech się zagoi Maxiu i mam nadzieję, że okres kontuzji i dziwnych przypadków się skończy. Młodzież chodzi coraz lepiej, nawet Eros zaczął się uspokajać, co niezmiernie mnie cieszy. A wczoraj się dowiedziałam, że w tygodniu przyjadą do nas trzy kucyki - dzieciarnia się ucieszy. Ja zawsze wolałam duże konie, ale przydadzą się mniejsze chociażby na oprowadzanki dla maluchów, tylko podobno one są "wstępnie zajeżdżone" - uwielbiam to określenie. No, ale popracujemy i do sezonu będą zrobione. Myślę w międzyczasie cały czas na temat "posezonu", co zrobić, jak zrobić, żeby było dobrze, dla mojego samopoczucia i dla mojej przyszłości. No i w ogóle. Każdą opcję rozpatruję szczegółowo, zastanawiam się, analizuję... Przeglądałam sobie stare wpisy na blogu i stwierdziłam, że cholernie żałuję, że nie wyjechałam na ten staż do Brukseli. Miałabym teraz bogatsze doświadczenie, większe możliwości. Ale może nie wszystko stracone? Może da się to nadrobić?...
Dzisiaj od rana myślę tylko o tym, że chciałabym żeby już były wakacje. Słońce, lato, kwiaty, tak, też, ale najbardziej nie mogę się doczekać tych dzieciaków, które przyjadą tutaj do nas zgłębiać tajniki jeździectwa i porozumienia z koniem. Strasznie chciałabym już wniknąć w wir pracy, brakuje mi tego. Moja niecierpliwość wzrasta jeszcze bardziej z racji faktu, że od kilku dni czytam tylko i wyłącznie o organizowaniu obozów, o programach, planach dnia, przebiegach turnusów, problemach i wszelkich innych związanych z tym tematem kwestiach. Wczoraj trafiłam zupełnie przypadkiem na znakomicie napisany, bajecznie prosty poradnik dla wychowawców, który wbrew pozorom przyda się także instruktorom i kierownikom. Treści tam zawarte odnoszą się do poznawania dzieci i młodzieży, rozwiązywania pewnych określonych problemów, organizowania czasu wolnego i odnajdywania się w najprostszych sytuacjach, które jednak najczęściej mogą sprawiać trudności. Udało mi się w ostatnich dniach dopracować regulamin dotyczący przebywania w stajni i w towarzystwie koni oraz ramowy plan dnia. Zostało mi jeszcze z kwestii formalnych spisanie regulaminu ogólnego, sformułowanie programu obozu - coś już zaczęłam sklecać, ale idzie pod górkę, no i zakres obowiązków dla pracowników. Powoli ogarnę, zamierzam się z tym wyrobić do końca miesiąca. W ogóle gdybym mogła to zrobiłabym sobie jeszcze kurs wychowawcy kolonii (tzn zrobić go mogę, nikt mi nie zabroni, ale nie wykorzystam go w tym roku, ponieważ nie można łączyć funkcji kierownika z wychowawcą) i najchętniej chciałabym się wszystkim zajmować jednocześnie. Mamuś ma rację, mam to po niej, chciałabym wszystko mieć pod kontrolą, bo wydaje mi się, że sama wszystko zrobię najlepiej. Pracoholizm? Czy to się już inaczej nazywa. No nieważne. To nie chodzi o to, że umniejszam czyjeś predyspozycje, czy umiejętności, absolutnie nie. Po prostu wiedząc, że na mnie spoczywa odpowiedzialność za całe nasze obozowe stadko, nie umiem sobie wyobrazić, że zostaję z częścią dzieciarni np na ujeżdżalni, a jakiś obcy człek - wychowawca w sensie - zabiera resztę na plażę. Uff, muszę nad sobą popracować. A właśnie przed chwilą rozmawiałam z panem, który przyjechał zapytać, czy przypadkiem nie organizujemy letnich pobytów dla dzieciaków :) Jego kolega ma 15letniego syna, którego chce do nas przysłać na wakacje. No więc niech przysyła, na to czekamy. Się kręci :) A w ramach złapania oddechu jutro wybieram się do Słupska na przedostatnią jazdę przed godziną zero :). Nie siedziałam za kółkiem chyba ze dwa miesiące, jeśli jeszcze coś pamiętam, to będzie cud...
Jakie życie było piękne, kiedy siadając w siodło mogłam myśleć tylko o tym, że kolejne 60 minut życia będzie miłe, przyjemne i cudowne, bo widziane z perspektywy końskiego grzbietu... kiedy mogłam patrzeć między uszami końskimi przed siebie i myśleć tylko o tym, żeby jakoś wykonać polecenie marudy stojącego na dole i krzyczącego na ogół w kółko tylko coś o piętach i rękach... kiedy nie znałam pojęć utrudniających życie, takich jak kontakt, wyprostowanie, półparada i inne takie. A teraz nie dość, że brak sadysty sterczącego obok i wykrzykującego różne hasła to jeszcze trzeba poza sobą skoncentrować się na tym, żeby koń wykonywał dokładnie wydane polecenia. Kiedyś mogłam jeździć godzinę po placu, później pojechać w teren i wrócić na jeszcze jedną godzinę na maneż i było cudownie, bo bezstresowo, przyjemnie i łatwo, nawet jeśli nie zawsze wszystko szło po mojej myśli. A teraz po dwóch treningach, takich jak na przykład dzisiaj, ręce mi odpadają, potem ociekam i ja, i koń, a szczytem euforii jest osiągnięcie choćby na kilka sekund zamierzonego celu. Ale to też jest piękne :) Chociaż często muszę walczyć ze swoim brakiem cierpliwości, choleryczną naturą i przypominać sobie, że zwierzakowi nie wystarczy powiedzieć np. "ja cię tu dotknę łydką, a ty się przesuniesz", bo jemu zrozumienie sygnału może zająć nieco więcej czasu i trzeba to zrozumieć. Zwłaszcza w przypadku młodzieży, która bezwzględnie jest teraz na pierwszym miejscu jeśli chodzi o pracę. W ogóle stwierdziłam, że życie płynie tutaj innym rytmem. Te dni mijające jeden po drugim w zasadzie nie robią żadnej różnicy. Ważny jest natomiast dzień, w którym po długotrwałej pracy zaczyna być widać efekty. Wtedy ten dzień staje się zauważalny i wyróżnia się pośród innych. Dzisiejsze treningi zdecydowanie mogę zaliczyć do zauważalnych, pomijając fakt fruwających koni - ewidentnie miały chęć osiągnąć prędkość wiatru. A najbardziej w pamięci pewnie mi się zapisze żmudne, długotrwałe, niekończące się wręcz szczotkowanie futrzaków, które z mamutów znowu stają się normalnymi końmi, czyli mówiąc po ludzku, linieją. Tak więc najbliższe dni pod tym względem będą ciężkie, ale chwała wynalazcy metalowego zgrzebła, dzięki któremu szczotki przynajmniej można błyskawicznie na bieżąco wyczyścić.
Żeby nie było, że tylko konie mi w głowie, tak się jakoś dziwnie złożyło, że kilka dni temu podobno się postarzałam. Ja tam bym plotkom nie wierzyła, bo wcale różnicy żadnej nie poczułam od soboty... Chociaż w zasadzie może jednak tak, bo w niedzielę obudziłam się nieziemsko zadowolona ze wspomnieniem dnia poprzedniego w głowie... A dzień mimo, że zapowiadał się wcześniej zupełnie inaczej, był lepszy niż mogłabym to sobie wyobrazić. W zasadzie świętowanie, choć jeszcze nieoficjalne, że tak to ujmę zaczęło się w piątkowy wieczór w kameralnym towarzystwie niesamowitego mężczyzny i... trzech psów :) przed kominkiem z kiełbaskami i czerwonym winem. Po przyjemnej nocy rozpoczął się dzień, który okazał się być dalszym ciągiem świętowania, począwszy od wypadu do miasta po zakupy z miłym akcentem, przez absolutnie niesamowity, bajeczny wręcz spacer na plażę, z psami oczywiście, ale tym razem dwoma, aż po pyszną kolację przy świecach i dźwiękach relaksującej muzyki. Było fantastycznie. Wrażenia tego dnia czułam jeszcze przez cały następny. W taki sposób to ja bym się mogła starzeć nawet częściej niż raz w roku :)
A tak w ogóle to ja właśnie teraz powinnam kontynuować opracowywanie programu na obozy konne 2012. No to może jednak wrócę do pracy...
Generalnie tak. No bo praca ok, wszystko tak jak trzeba, dzień po dniu, układa się niemal idealnie, plany w pracy są, poza pracą też, no pięknie po prostu. Tylko przychodzi taki dzień, incognito zupełnie, bez uprzedzenia, niezaproszony, ładuje się na siłę i sprawia, że to wszystko przestaje istnieć. Na chwilę. No to niby nie ma problemu. Ale coś gdzieś uwiera przez tą chwilę - minutę, kwadrans, godzinę - przeszkadza, ściska, dołuje i nie pozwala logicznie myśleć. Wiąże ręce, blokuje myśli. Krąży wokół jednego. I wtedy nic się nie udaje, wszystko jest powodem do złości, łzy bezradności cisną się do oczu i zamazują jasność widzenia. Wściekłość, dzika zadziorność, czają się tuż za rogiem, czekając aż zerwane ze smyczy powściągliwości, która nagle staje się cienka i słaba, będą mogły zaatakować. Cokolwiek. Kogokolwiek. Zupełnie bez sensu. To trwa chwilę. A co później? Znowu złość, znowu łzy, błędne koło, złościć się na własną złość. A kiedy łzy się kończą - okazuje się, że jest jednak jakiś limit - nadchodzi pustka. I układanie wszystkiego od początku. Szukanie sensu na nowo, w najmniejszych, najdrobniejszych rzeczach. I jedno pytanie w głowie. Czy to się kiedyś skończy?
A plan był taki, że usiądę i wypełnię roboczą papierologię i podliczę przychody tak zwane z pracy mojej osobiście wykonywanej. Ale nie mogę znaleźć długopisu, a pisanie ołówkiem zaburzy estetykę mojej nieestetycznej tabelki w notatniku. Więc mając pod nosem, niemal dosłownie, laptopa, postanowiłam nieco się uzewnętrznić w tak zwanym międzyczasie. Popijając wystygłą już yerba mate, której smak odkryłam na nowo dzięki S., choć zdecydowanie nie działanie, rzekomo pobudzające, analizuję i myślę i kontempluję wciąż obecne w środku pozytywne emocje. Kto by pomyślał, że taki niby banał, jak świeczki, właściwie dobrana nuta (nawet do potańczenia jak się okazało...) i odpowiednio pokierowana wyobraźnia mogą dać tyle radości :). I teraz już wiem na pewno, że grzane wino tylko w dwóch miejscach smakuje naprawdę wyjątkowo. A po tym jakże przyjemnym wieczorze, kolejnym zresztą i nocy kamiennym snem przespanej nastąpił cudownie słoneczny poranek, który wykorzystałam, żeby zabrać M. (naszą klientkę) w upragniony teren nad morze. Przygotowałyśmy konie, dla mnie kobyłkę Eclaire, dla niej pewniaka terenowego pół-arabka Maximusa i parę minut po 10, po małym rozprężeniu na ujeżdżalni wyruszyłyśmy na wycieczkę. Zaczęłyśmy od spokojnego stępa, w lesie przeszłyśmy do kłusa, a na prostej polnej drodze zagalopowałyśmy, a ja musiałam pilnować wariatki pode mną, żeby nie wylądowała w rowie po lewej stronie drogi razem ze mną, bo strumyk po przeciwnej stronie tak ją stresował, że zeszła na samą krawędź drogi. Mimo wszystko było bardzo miło i przyjemnie. Miałam jedna ewakuację z siodła, ale w zasadzie ciężko to nazwać upadkiem. Dalej było już tylko dobrze. Przed samym zejściem na plażę musiałyśmy zsiąść z rumaków, bo zjazd nie dość, że stromy, był jeszcze na dodatek śliski przez małe bagienko, jakie się tam utworzyło. Wjechałyśmy na plażę spokojnym stępem, podjechałyśmy do wody i moja kobyła zamoczyła nóżki, a Maxiu nieufnie oceniał, czy te wielkie fale będą w stanie go pożreć, czy jednak jego nogi będą bezpieczne. Po krótkim namyśle uznał, że jeszcze się jednak wstrzyma, bo to nic nie wiadomo... Zaproponowałam więc, żeby troszkę konie rozluźnić i zakłusowałyśmy, a chwilę później pozwoliłyśmy koniom wyciągnąć nogi w galopie. Było cudownie... szum morza po prawej stronie, śpiew ptaków nad wydmami po lewej... I radość płynąca z chwili. Zwolniłyśmy po jakimś czasie, dałyśmy koniom chwilę wytchnienia w stępie i Maxiu wykorzystał ją na spoufalenie się z atakującymi jego nogi falami. Ciekawość wzięła górę i kopytka zostały zmoczone, chociaż jeszcze przez chwilę udawał, że to się stało wbrew jego woli. Później zagalopowałyśmy jeszcze raz i zawróciłyśmy. M. obiecała synkowi, że przywiezie mu muszelki z nad morza, więc zsiadłyśmy na chwilę, ja przytrzymałam konie, a ona przekopywała plażę w poszukiwaniu w miarę wyglądających muszelek. Poszukiwania zakończyły się względnym sukcesem, mama zadanie wykonała. Wsiadłyśmy z powrotem, zagalopowałyśmy po raz ostatni na odcinku wiodącym do wyjścia z plaży i stępem wyjechałyśmy na powrotną drogę do rezerwatu. Powrotną drogę pokonałyśmy głównie stępem, na spokojnie, bez pośpiechu, na luźnej wodzy praktycznie. M. była bardzo zadowolona, co za tym idzie, ja też. Wygląda na to, że sezon powoli zmierza ku otwarciu, ludzie zaczynają pisać, pytać, coś się zaczyna dziać. Dobrze.
No i proszę. Doczekałam się powrotu, przynajmniej w teorii, do normalnego funkcjonowania. Wróciliśmy do czasu letniego, co oznacza większe dawki energii dzięki pozytywnemu działaniu promieni słonecznych przede wszystkim. Minął czas zwolnienia, odpoczywania od odpoczywania i potocznie nazywanego "nicnierobienia". Dobrze, że minął. Praca, jakakolwiek by nie była sprawia, że ostatecznie ciągle jeszcze nie zwariowałam. Ale nie narzekam, bo praca zła nie jest, wręcz przeciwnie. Po prawie miesiącu zwolnienia powrót do pracy był dla mnie prawdziwym wybawieniem. Powrót do nadmorskiej wsi, cichych, spokojnych poranków, łagodnych wieczorów spędzanych w miłym towarzystwie i zwykle za krótkich nocy. Zmieniło się sporo, przede wszystkim tryb pracy. Tuż przed moim zwolnieniem pogoda była mało sprzyjająca, delikatnie rzecz ujmując, grunt jeszcze podmarznięty, trawa dopiero zaczynała przebijać się przez nieroztopiony śnieg. A teraz od mojego przyjazdu nie było dnia żebym nie siedziała w siodle pracując z moimi potworkami, a od czwartku nawet regularnie już stoję na ujeżdżalni i czepiam się szczegółów ucząc potencjalnych jeźdźców właściwej współpracy z koniem. Odżywam krótko mówiąc. Żeby nie było tak kolorowo, niemal każdego dnia spotyka mnie jakaś mało przyjemna niespodzianka, począwszy od jeźdźców przekonanych o swoich umiejętnościach, których w rzeczywistości nie posiadają, przez spacer zakończony istną masakrą, żeby nie powiedzieć "rzezią", aż po dziesięciokilometrowy przymusowy spacer po uciekającego ogiera. Wszystkie wyżej wymienione wydarzenia miały miejsce w przeciągu ostatniego tygodnia. Kumulacja tak zwana... Na szczęście jednak poza negatywnymi zdarzeniami pojawiają się także te zdecydowanie pozytywne; takie jak przyjazd mojej Mamy do Ulinii, krótki, ale zawsze to coś; bardzo udane treningi na ujeżdżalni i w terenie z rumakami, progres mojej uczennicy, czy wieczór, zorganizowany przez pewnego mężczyznę, który zaskoczył mnie tak bardzo, jak żaden inny już dawno, aczkolwiek przyniósł zdecydowanie najpozytywniejsze emocje. Tak więc jedne wydarzenia gonią inne, czas leci niepostrzeżenie, pracujemy, ludzie listy piszą ze zgłoszeniami na pobyt, ale także do pracy, jest cudownie. Nieustannie zastanawiam się - co dalej? i kiedy to "dalej"? - dzisiaj dostałam maila z warszawskiej APS. Ewentualne plany mogą przybrać realnego kształtu. Czas płynie... A ja myślę.
Nie wiem jak to wytłumaczyć, prawdę mówiąc, ale czułam, że coś się wydarzy. Chyba po tym, kiedy znalazłam alternatywę dla mojej obecnej pracy. Pomyślałam sobie, że to miejsce dużo mnie nauczyło i jeszcze nauczy niewątpliwie, ale nie wszystkiego, czego by mogło. Więc może zmiana? No i "na życzenie", zaraz za moimi myślami przyszło działanie... We czwartek byłam w Słupsku wyjeżdżając swoją 15 i 16 godzinę kursu, które to zresztą były chyba moimi najlepszymi jazdami, nie licząc pierwszej, zwłaszcza piętnasta. Podczas zmiany, gdy akurat zdążyłam siąść na tylnym siedzeniu żeby skonsumować coś w ramach spóźnionego śniadania i odpocząć nieco, dostałam smsa od E., którą poznałam przez pewne końskie forum i dzięki której trafiłam dwa lata temu do Wolicy na praktyki do śp. Marców. Niezapomniany czas, niełatwy, ale pozostają też pozytywne wspomnienia. I co się okazuje, stajnia w Wolicy jest do wzięcia w bezpłatną dzierżawę, bo O. chce wyjechać na studia, a nie ma komu zająć się końmi, więc jeśli nikt nie przejmie biznesu, to w zasadzie zniknie... E. jest maksymalnie nakręcona na podjęcie próby od stycznia przyszłego roku, ja hm... no cóż, wiem, że na pewno byłoby inaczej, lepiej; aczkolwiek do nas należałoby dbanie o wszystko, zajmowałybyśmy się tym po prostu zarabiając na siebie i utrzymanie interesu. Pomysłów jest masa, które mogłyby poszerzyć ofertę dla klientów i jednocześnie źródło dochodów. Generalnie pomysł ciekawy i dający możliwości, których chciałam: podejmowanie własnych decyzji, własnych działań, odpowiadanie za wszystko od początku do końca... niezły sprawdzian przed ewentualnym własnym biznesem. Z racji tego jednak, że jest to duża sprawa, która pociąga za sobą bardzo konkretne konsekwencje, umówiłam się z E., że dajemy sobie czas do końca m-ca i wówczas informujemy O. o naszej ostatecznej decyzji. Więc mam trochę czasu na przemyślenia i zamierzam go skrzętnie wykorzystać.
A tymczasem jestem jeszcze tutaj i tu też się dzieje nieco. Wczoraj mieliśmy wizytę kowala na werkowaniu kopyt mojej trzynastki i wygląda na to, że trafiliśmy na fachowca od jeszcze lepszego mentora, który cieszy się dobrą renomą w środowisku koniarzy, zwłaszcza na Pomorzu. Fajny gość, z poczuciem humoru, uwinęliśmy się wczoraj w niespełna trzy godziny, w tym z dwiema młodymi kobyłkami, z których jedna miała kopyta robione po raz pierwszy. Spokojnie, bez pośpiechu i agresji zrobił i tą bestię, chociaż ucierpiał na tym jego tarnik, który młoda połamała po drodze. Generalnie jednak bilans pozytywny i aż się chciało dziś patrzeć na świeże kopytka jak leciały na padok. Jazdy dzisiaj odpadają - wieje tak, że głowy urywa... No i wiadomość z ostatniej chwili: nasz zeszłoroczny obóz z Anglii odwiedza nas w tym roku ponownie :D Podobno karatecy nie wyobrażają sobie wakacji bez Ulinii :)) Ależ miło to słyszeć... :)
Każdy dzień najczęściej przynosi nam tyle samo argumentów , które pozwalają stwierdzić, że jest udany, jak i tych, które mogą spowodować, że uznamy go za beznadziejny. Decyzja należy do nas. A od tej decyzji na ogół należy też dzień kolejny. A może i cały rok? Skończył się jeden, rozpoczął się drugi... niby bez rewolucji... praca ta sama, znajomi ci sami, stan cywilny ten sam, adres zamieszkania bez zmian...A jednak rozpoczął się zupełnie inaczej niż wszystkie poprzednie... Dzięki czterem osobom (już) ten rok zaczął się dla mnie bardzo pozytywnie. Od czterech osób usłyszałam, że jestem jedyną w swoim rodzaju/wyjątkową/niepowtarzalną/bezpretensjonalną osobą... Niby proste słowa, niewyszukane, ale sprawiające tyle satysfakcji i radości, co żadne inne. I może jednak warto czasem dać się ponieść emocjom, pokrzyczeć, popłakać, wybuchnąć radosnym śmiechem i odtańczyć taniec radości. To nic, że niektórzy krzywo się patrzą i nie rozumieją. Ich strata... Ale warto być sobą w każdej sytuacji, w każdym momencie swojego życia, bo dopiero wtedy można żyć w zgodzie ze sobą i być w porządku wobec innych. Na ten nowy rok, tego wszystkim życzę właśnie, tej wytrwałości w trwaniu przy swoim. Nieważne, że ludzie będą szukać słów, które podcinają skrzydła; trzeba mieć klej i podtrzymywać to, co upada. Bo żyjemy najpierw dla siebie, a później dla innych- nie w znaczeniu egoistycznego rozumowania, a znaczeniu takim, że każdy dostał jedno życie na własność i każdy może z nim zrobić, co chce. Więc dlaczego ja miałabym słuchać innych? Choćbym chciała, nie da się! Bo każdy ma inną receptę na życie. A zważywszy na nową ustawę o refundacji z NFZ ;p lepiej znaleźć własną indywidaulną, za którą nikt nie będze musiał płacić. A może właśnie będę jeździć z miejsca w miejsce, zmieniać pracę co jakiś czas, poznawać nowych ludzi, nowe miejsce, nowe filozofie życiowe... może kiedyś znajdę takie, z którego już nigdy nie będę chciała się ruszać i tam właśnie, poczekam na księcia z bajki...
Czas mija, a życie płynie w niezmiennie szybkim tempie i szykuje coraz to ciekawsze niespodzianki... Właśnie ten upływający czas sprawia, że dopiero kiedy tracimy kogoś ważnego, zaczynamy rozumieć, że to na nim właśnie nam zależy najbardziej. Na szczęście nie zawsze subiektywna wizja końca okazuje się być prawdziwą. Chociaż potrafi przynieść trudne chwile i nieprzespane noce. Niewpewność - to najgorsze uczucie, z jakim człowiek może mieć do czynienia. A więc dni mijają... przynoszą nowe myśli i nowe refleksje. Czasem nawet wtedy, kiedy robi się to, co się kocha, pojawiają się chwile słabości, zwątpienie, wygasa zapał... Czy można sobie na to pozwolić? Chyba tak... trzeba tylko pilnować, zeby w tym punkcie nie utkwić na zbyt długo. Bo później może być ciężko piąć się dalej w górę. Ostatnio dopadł mnie właśnie taki kryzys. Niezwiązany stricte z pracą, ale poniekąd wpływający na nią. Na dodatek moje myśli nieustannie krążą wokół moich marzeń, pragnień i planów o własnym biznesie... Przeszłam już jedno szkolenie, teraz zaczęłam drugie. Dowiaduję się coraz więcej, poznaję nowe perspektywy i mimo ryzyka, jakie wiąże się z otwarciem własnego przedsiębiorstwa, pragnę tego jak niczego innego na świecie. Czuję, że tylko to może dać mi spełnienie, któego tak bardzo potrzebuję. Wiem, że to musi jeszcze potrwać, dlatego zaciskam zęby i jakoś staram się przetrwać ten okres stagnacji, kiedy nie ma klientów, moje kontakty z ludźmi są ograniczone, a minimalna warstwa śniegu, która przyniosła mi zaskakujące pocieszenie, właśnie znikła. Oczywiście prawie wszyscy powtarzają mi, że to jest trudne, że wymaga dużo nakładów finansowych, że gruntu, że wsparcia, że sto tysięcy innych przeszkód, z których doskonale zdaję sobie sprawę. Oczywiście, że to jest trudne, cholernie trudne, zwłaszcza w pierwszym okresie rozpoczynania działalności. Ale co w życiu jest proste? Czy dlatego, że moje marzenie jest ryzykowne mam z niego rezygnować? Jeśli dla kogoś to jest wystarczający argument, to jego sprawa. Ja osiągnę to, co sobie wymarzyłam. Mało tego, osiągnę to w wybranym przez siebie terminie. Dlaczego? Dlatego, że naprawdę mi na tym zależy. I dlatego, że to jest cel i sens mojego życia. I chcę to zrobić dla siebie i dla ludzi, dla których, mam nadzieję, moje miejsce stanie się ostoją, odpoczynkiem i małym rajem na Ziemi. Bo będzie to miejsce, które będzie miało duszę, będzie stworzone dla tych, którzy sami nie mogą go sobie stworzyć. Codziennie myślę o tym jak będzie wyglądało, co będzie się w nim zajmowało, co będę robić, jak będę robić, jak trudne, ale jednocześnie fantastyczne będzie jego powstawanie, od zera... z niczego. Te właśnie myśli sprawiają, że chcę robić to, co robię teraz, żeby nabrać wiedzy, doświadczenia i właściwego podejścia do przyszłości. Ostatnie dni są wyjątkowo trudne, jak zwykle w okresie przedświątecznym. Nie, nie skupiam się na tym celowo. Po prostu to siedzi w środku. Nic na to nie poradzę. Boli, chociaż w dziwaczny sposób... A jednak kiedy patrzę na mój malutki "chonikowy" kwiat Ellwoodii, uśmiecham się, bo jest dla mnie symbolem tej iskierki radosci, dzięki której mimo wszystko, jest też ta jasna strona Świąt. A żeby zakończyć pozytywnym akcentem, bo tak powinno się robić, bo chcę myśleć pozytywnie, po raz kolejny włączę utwór, który mnie elektryzuje za każdym razem, kiedy go słucham i po prostu daję siłę: