sobota, 14 stycznia 2012
Myśleć, czy robić?

Nie wiem jak to wytłumaczyć, prawdę mówiąc, ale czułam, że coś się wydarzy. Chyba po tym, kiedy znalazłam alternatywę dla mojej obecnej pracy. Pomyślałam sobie, że to miejsce dużo mnie nauczyło i jeszcze nauczy niewątpliwie, ale nie wszystkiego, czego by mogło. Więc może zmiana? No i "na życzenie", zaraz za moimi myślami przyszło działanie...
We czwartek byłam w Słupsku wyjeżdżając swoją 15 i 16 godzinę kursu, które to zresztą były chyba moimi najlepszymi jazdami, nie licząc pierwszej, zwłaszcza piętnasta. Podczas zmiany, gdy akurat zdążyłam siąść na tylnym siedzeniu żeby skonsumować coś w ramach spóźnionego śniadania i odpocząć nieco, dostałam smsa od E., którą poznałam przez pewne końskie forum i dzięki której trafiłam dwa lata temu do Wolicy na praktyki do śp. Marców. Niezapomniany czas, niełatwy, ale pozostają też pozytywne wspomnienia. I co się okazuje, stajnia w Wolicy jest do wzięcia w bezpłatną dzierżawę, bo O. chce wyjechać na studia, a nie ma komu zająć się końmi, więc jeśli nikt nie przejmie biznesu, to w zasadzie zniknie... E. jest maksymalnie nakręcona na podjęcie próby od stycznia przyszłego roku, ja hm... no cóż, wiem, że na pewno byłoby inaczej, lepiej; aczkolwiek do nas należałoby dbanie o wszystko, zajmowałybyśmy się tym po prostu zarabiając na siebie i utrzymanie interesu. Pomysłów jest masa, które mogłyby poszerzyć ofertę dla klientów i jednocześnie źródło dochodów. Generalnie pomysł ciekawy i dający możliwości, których chciałam: podejmowanie własnych decyzji, własnych działań, odpowiadanie za wszystko od początku do końca... niezły sprawdzian przed ewentualnym własnym biznesem.
Z racji tego jednak, że jest to duża sprawa, która pociąga za sobą bardzo konkretne konsekwencje, umówiłam się z E., że dajemy sobie czas do końca m-ca i wówczas informujemy O. o naszej ostatecznej decyzji. Więc mam trochę czasu na przemyślenia i zamierzam go skrzętnie wykorzystać.

A tymczasem jestem jeszcze tutaj i tu też się dzieje nieco. Wczoraj mieliśmy wizytę kowala na werkowaniu kopyt mojej trzynastki i wygląda na to, że trafiliśmy na fachowca od jeszcze lepszego mentora, który cieszy się dobrą renomą w środowisku koniarzy, zwłaszcza na Pomorzu. Fajny gość, z poczuciem humoru, uwinęliśmy się wczoraj w niespełna trzy godziny, w tym z dwiema młodymi kobyłkami, z których jedna miała kopyta robione po raz pierwszy. Spokojnie, bez pośpiechu i agresji zrobił i tą bestię, chociaż ucierpiał na tym jego tarnik, który młoda połamała po drodze. Generalnie jednak bilans pozytywny i aż się chciało dziś patrzeć na świeże kopytka jak leciały na padok. Jazdy dzisiaj odpadają - wieje tak, że głowy urywa...
No i wiadomość z ostatniej chwili: nasz zeszłoroczny obóz z Anglii odwiedza nas w tym roku ponownie :D Podobno karatecy nie wyobrażają sobie wakacji bez Ulinii :)) Ależ miło to słyszeć... :)

wtorek, 10 stycznia 2012
Wyjątkowy rok?

Każdy dzień najczęściej przynosi nam tyle samo argumentów , które pozwalają stwierdzić, że jest udany, jak i tych, które mogą spowodować, że uznamy go za beznadziejny. Decyzja należy do nas. A od tej decyzji na ogół należy też dzień kolejny. A może i cały rok?
Skończył się jeden, rozpoczął się drugi... niby bez rewolucji... praca ta sama, znajomi ci sami, stan cywilny ten sam, adres zamieszkania bez zmian...A jednak rozpoczął się zupełnie inaczej niż wszystkie poprzednie...
Dzięki czterem osobom (już) ten rok zaczął się dla mnie bardzo pozytywnie. Od czterech osób usłyszałam, że jestem jedyną w swoim rodzaju/wyjątkową/niepowtarzalną/bezpretensjonalną osobą... Niby proste słowa, niewyszukane, ale sprawiające tyle satysfakcji i radości, co żadne inne.
I może jednak warto czasem dać się ponieść emocjom, pokrzyczeć, popłakać, wybuchnąć radosnym śmiechem i odtańczyć taniec radości. To nic, że niektórzy krzywo się patrzą i nie rozumieją. Ich strata... Ale warto być sobą w każdej sytuacji, w każdym momencie swojego życia, bo dopiero wtedy można żyć w zgodzie ze sobą i być w porządku wobec innych.
Na ten nowy rok, tego wszystkim życzę właśnie, tej wytrwałości w trwaniu przy swoim. Nieważne, że ludzie będą szukać słów, które podcinają skrzydła; trzeba mieć klej i podtrzymywać to, co upada. Bo żyjemy najpierw dla siebie, a później dla innych- nie w znaczeniu egoistycznego rozumowania, a  znaczeniu takim, że każdy dostał jedno życie na własność i każdy może z nim zrobić, co chce. Więc dlaczego ja miałabym słuchać innych? Choćbym chciała, nie da się! Bo każdy ma inną receptę na życie. A zważywszy na nową ustawę o refundacji z NFZ ;p lepiej znaleźć własną indywidaulną, za którą nikt nie będze musiał płacić.
A może właśnie będę jeździć z miejsca w miejsce, zmieniać pracę co jakiś czas, poznawać nowych ludzi, nowe miejsce, nowe filozofie życiowe... może kiedyś znajdę takie, z którego już nigdy nie będę chciała się ruszać i tam właśnie, poczekam na księcia z bajki...

poniedziałek, 19 grudnia 2011
"Too proud to leave I worked my fingers to the bone "

Czas mija, a życie płynie w niezmiennie szybkim tempie i szykuje coraz to ciekawsze niespodzianki... Właśnie ten upływający czas sprawia, że dopiero kiedy tracimy kogoś ważnego, zaczynamy rozumieć, że to na nim właśnie nam zależy najbardziej. Na szczęście nie zawsze subiektywna wizja końca okazuje się być prawdziwą. Chociaż potrafi przynieść trudne chwile i nieprzespane noce. Niewpewność - to najgorsze uczucie, z jakim człowiek może mieć do czynienia.  
A więc dni mijają... przynoszą nowe myśli i nowe refleksje. Czasem nawet wtedy, kiedy robi się to, co się kocha, pojawiają się chwile słabości, zwątpienie, wygasa zapał... Czy można sobie na to pozwolić? Chyba tak... trzeba tylko pilnować, zeby w tym punkcie nie utkwić na zbyt długo. Bo później może być ciężko piąć się dalej w górę. Ostatnio dopadł mnie właśnie taki kryzys. Niezwiązany stricte z pracą, ale poniekąd wpływający na nią. Na dodatek moje myśli nieustannie krążą wokół moich marzeń, pragnień i planów o własnym biznesie... Przeszłam już jedno szkolenie, teraz zaczęłam drugie. Dowiaduję się coraz więcej, poznaję nowe perspektywy i mimo ryzyka, jakie wiąże się z otwarciem własnego przedsiębiorstwa, pragnę tego jak niczego innego na świecie. Czuję, że tylko to może dać mi spełnienie, któego tak bardzo potrzebuję.
Wiem, że to musi jeszcze potrwać, dlatego zaciskam zęby i jakoś staram się przetrwać ten okres stagnacji, kiedy nie ma klientów, moje kontakty z ludźmi są ograniczone, a minimalna warstwa śniegu, która przyniosła mi zaskakujące pocieszenie, właśnie znikła.  
Oczywiście prawie wszyscy powtarzają mi, że to jest trudne, że wymaga dużo nakładów finansowych, że gruntu, że wsparcia, że sto tysięcy innych przeszkód, z których doskonale zdaję sobie sprawę. Oczywiście, że to jest trudne, cholernie trudne, zwłaszcza w pierwszym okresie rozpoczynania działalności. Ale co w życiu jest proste? Czy dlatego, że moje marzenie jest ryzykowne mam z niego rezygnować? Jeśli dla kogoś to jest wystarczający argument, to jego sprawa. Ja osiągnę to, co sobie wymarzyłam. Mało tego, osiągnę to w wybranym przez siebie terminie. Dlaczego? Dlatego, że naprawdę mi na tym zależy. I dlatego, że to jest cel i sens mojego życia. I chcę to zrobić dla siebie i dla ludzi, dla których, mam nadzieję, moje miejsce stanie się ostoją, odpoczynkiem i małym rajem na Ziemi. Bo będzie to miejsce, które będzie miało duszę, będzie stworzone dla tych, którzy sami nie mogą go sobie stworzyć. Codziennie myślę o tym jak będzie wyglądało, co będzie się w nim zajmowało, co będę robić, jak będę robić, jak trudne, ale jednocześnie fantastyczne będzie jego powstawanie, od zera... z niczego. Te właśnie myśli sprawiają, że chcę robić to, co robię teraz, żeby nabrać wiedzy, doświadczenia i właściwego podejścia do przyszłości.
Ostatnie dni są wyjątkowo trudne, jak zwykle w okresie przedświątecznym. Nie, nie skupiam się na tym celowo. Po prostu to siedzi w środku. Nic na to nie poradzę. Boli, chociaż w dziwaczny sposób...
A jednak kiedy patrzę na mój malutki "chonikowy" kwiat Ellwoodii, uśmiecham się, bo jest dla mnie symbolem tej iskierki radosci, dzięki której mimo wszystko, jest też ta jasna strona Świąt.
A żeby zakończyć pozytywnym akcentem, bo tak powinno się robić, bo chcę myśleć pozytywnie, po raz kolejny włączę utwór, który mnie elektryzuje za każdym razem, kiedy go słucham i po prostu daję siłę:

  

piątek, 02 grudnia 2011
O czymś ;)

Dobry okres w życiu chyba mam :) Pomijając takie drobiazgi, jak grypa na przykład, z której usiłuję się wyleczyć i jakoś chyba mi to idzie. Generalnie wierzę w siebie i walczę o swoją przyszłość. :) I o to chyba chodzi :) Czuję się tak, jakby świat należał do mnie i zrobię wszystko żeby tak zostało jak najdłużej.
Udało mi się pochłonąć wiedzę teoretyczną z zakresu kursu prawa jazdy :) Dzisiaj wykonywane egzaminy zaliczam bezbłędnie :) Rano miałam telefon z OSK, przy okazji którego zostałam poinformowana, że dzisiaj jest przydział instruktorów i po południu dowiem się jak nazywa się pan, którego mi przydzielono. Podobno jest starszy i ma mnie dobrze nauczyć jeździć. Takie były moje wymagania :) Tzn dotyczące dobrej nauki, nie wieku :D No i dowiem się też na kiedy mam wyznaczoną pierwszą jazdę i jednocześnie termin egzaminu wewnętrznego z teorii. Na chwilę obecną jestem nastawiona bardzo pozytywnie. Coś mi mówi, że będzie dobrze. Po prostu. A może to ja sobie tak mówię? :D

Decyzja zapisania się na kurs pociągnęła za sobą jeszcze inną decyzję, mającą zmierzać w kierunku mojej samorealizacji i inwestowania w siebie. A mianowicie rozpoczęłam szkolenie e-learningowe orgaznizowane przez akademię PARP z zakresu planowania własnej kariery zawodowej oraz planowania i organizowania szeroko pojętej własnej działalności gospodarczej. Kolejny krok w kierunku mojego planu P1 :). Wykorzystuję ten czas, który teraz mam, żeby dowiedzieć się jak najwięcej i żeby zrobić jak najwięcej. Jestem zadowolona z tego, że sama zdecydowałam się zacząć interesować się tym tematem, bez szukania pomocy w różnego rodzaju miejscach tylko dążąc do tego poprzez rozwijanie się i samokształcenie :). Nie są to może najprostsze zagadnienia, ale powoli, jakoś je ogarnę. :)

Uwielbiam taki stan ducha... a najlepsze jest to, że sama jestem sobie za niego wdzięczna. I nikt mi nie powie, że tak się nie da :) Bez wylewania łez i dołowania się problemami maści rozmaitej. Żeby nie było tak słodko, ja też miewam problemy i też przyprowadzają mnie one nieraz o łzy, ale na tym nie poprzestaję. I tu jest cała sztuka :)

A ta muzyka, jako jedna z wielu, nastraja mnie pozytywnie :)

Ps. No i się dowiedziałam... Egzamin wewnętrzny jutro, g. 14 :D A później pierwsza jazda :D Ja poproszę o jakieś wsparcie... ;)

 

wtorek, 29 listopada 2011
(S)uprising

Czasem mam wrażenie, że łatwiej byłoby pisać od środka. Początki sprawiają, że trzymam palce uniesione nad klawiaturą i zastanawiam się jak ubrać w słowa moje myśli, w jakie litery je ująć.
A myśli ostatnim czasem jest sporo.
Po raz kolejny dochodzę do wniosku, myślę, że słusznego, że wszystko co w życiu się nam przytrafia wynika w jakimś stopniu, nawet minimalnym, z naszych działań i chęci. Nawet jeśli czasem nie zdajemy sobie z tego sprawy, albo sami siebie oszukujemy, że tak nie jest. W życiu zwykle jest tak, że coś się kończy i coś się zaczyna. Na ogół kiedy się zaczyna, nie wiemy, czy potrwa dzień, dwa, miesiąc, czy dłużej... Staramy się jednak nasze działania kierować tak, aby to, na czym nam zależy trwało jak najdłużej. Często w tych staraniach ginie gdzieś świadomość faktu, że tak naprawdę jesteśmy osamotnieni w swoich działaniach. Zdarza się nawet, że usiłujemy się starać za dwoje. A to oznacza, że bezwzględnie w którymś momencie nadejdzie koniec. Bo niestety prawdą życiową jest stwierdzenie, że do tanga trzeba dwojga. Inaczej się nie da. Jedno nie da rady, a troje... to już o jedno za dużo. Więc czasem trzeba się po prostu wycofać. A wtedy bywa różnie... albo odczuwa się ulgę, albo smutek, albo żal, albo złość... albo wszystko razem. A po walce z emocjami przychodzi coś bliżej nieokreślonego, co da się określić ciszą po burzy. Ta cisza jest czasem analiz, przemyślania, refleksji i poukładania się wewnętrznie. Jednocześnie jest czasem zapominania, bądź też próbą  przekierowania uczuć na inny obiekt. Swoistą formą terapii.
A co przychodzi po tej burzy? Generalnie to co najlepsze... czyli nowy rozdział w życiu. W każdym nowym rozdziale najpiękniejsze jest to, że puste czyste strony można zapisać tym, czego się pragnie, kierując się tylko i wyłącznie własną wolą, marzeniami i potrzebami. Bez żadnych ograniczeń, poza tymi, które sami sobie uparcie narzucamy niemal każdego dnia.

Konkludując... każda droga kończy się w miejscu nowej, nieznanej. Każde doświadczenie sprawia, że kolejne rozdziały są coraz bliższe szczęśliwego zakończenia. Ale każdy powrót do poprzedniego rozdziału, bez zamknięcia go kropką jest masochistycznym zamykaniem przyszłości w czasie minionym. "To, co było raz, nie wróci już, Twój świat zmienia się, bo życie takie jest". I chwała mu za to. Bo szkoda czasu na tkwienie w miejscu, nawet jeśli chwile, które wspominamy były najpiękniejszymi. To dobrze. Ale te, które są przed nami mogą być jeszcze piękniejsze.

czwartek, 24 listopada 2011
Jaki jest Twój cel?

Pomysłów na tytuł miałam kilka, nie wiedziałam, na który się zdecydować tak, żeby w końcu odnosił się w pewnym chociaż stopniu do treści wpisu. Ale mniejsza o tytuł. Wszak to tylko kilka słów w nagłówku, które bez pozostałej treści mogą w zasadzie pozostać bez znaczenia.

Pytania z gatunku "po co?" bądź "w jakim celu?" stawiamy sobie w zasadzie rzadko, bo robiąc coś, lub dążąc do czegoś na ogół kierujemy się bliżej bądź dalej określonymi pobudkami, które są nam znane, a przynajmniej tak nam się wydaje. Okazuje się jednak, że zadanie sobie takiego pytania, albo też usłyszenie go z ust drugiej osoby nakazuje nam zwolnić, a nawet zatrzymać się i przez chwilę zastanowić się nad odpowiedzią. Czasem to nie wymaga zatrzymania, po prostu to wiemy, a czasem zanim odpowiedź zostanie zwerbalizowana zaczynamy dostrzegać w swojej głowie pustkę i dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę nie znamy odpowiedzi na to pytanie.
Może się to odnosić tak naprawdę do każdej dziedziny życia. Oczywiście wszystko zależy od punktu widzenia... Jeśli ktoś pyta mnie o cele moich, może niekoniecznie przemyślanych, działań, mogę mieć spore trudności z udzieleniem odpowiedzi. Natomiast sytuacja diametralnie zmienia się kiedy to ja stawiam komuś takie pytanie. I co się okazuje? Że natychmiast jestem w stanie przedstawić sto tysięcy argumentów w czyimś imieniu. Kolejny życiowy paradoks? Nawet jeśli ktoś ma dokładnie ten sam problem co ja, jestem  stanie pomóc mu w jego rozwiązaniu, a za żadne skarby świata nie potrafię dotrzeć do tego samego rozwiązania w swoim przypadku.

Szukanie ukrytego sensu sprawia także, że odnajdujemy w sobie skrywane głęboko pragnienia, które kiedyś mogły poniekąd determinować nasze działania lub sposób myślenia. Jednak na skutek najróżniejszych okoliczności zostały wepchnięte w kąt, a z czasem niemal zapomniane. Tak było tym razem, gdy przypomniałam sobie co chciałam w życiu osiągnąć, gdzie chciałam być i do czego pragnęłam dążyć. Okazuje się, że te pragnienia są nadal aktualne, a nawet mogę zaryzykować stwierdzenie, że obecnie mam zdecydowanie większe szanse na ich spełnienie niż kiedyś.

Przy okazji odnajdywania własnych wewnętrznych potrzeb powstaje też pytanie, czy na pewno każdą z nich można zrealizować oraz gdzie są granice? Pytanie podstawowe powinno brzmieć: czym są te granice, komu są potrzebne i dlaczego tak uparcie je sobie stawiamy? Czy nie byłoby prościej cieszyć się życiem, osiągać to, co jest możliwe do osiągniecia w zakresie samorealizacji i samospełnienia bez zastanawiania się czy komuś się to spodoba, czy nie? W końcu to moje życie, moje potrzeby i moje decyzje. A jednak gdzieś w środku co jakiś czas zapala się "niebieska lampka" i każe postawić znak zapytania; czy warto? czy należy? czy trzeba?... I może dzięki tej lampce właśnie to wszystko odbywa się we właściwej kolejności. Może właśnie dzięki temu potrafię teraz zacisnąć zęby i skończyć pracę o zmroku czując obolałe ręce, nadwyrężone kolano, pulsujący z bólu bark... Może ten wysiłek sprawi, że zyskam więcej, niż zyskałabym siedząc na tyłku i przekładając papierki w jakiejś dorywczej pracy. Może ta "ciemniejsza" strona mojej pracy ma być czasem na przepracowanie pewnych wartości, potrzeb i ustalenie pewnego rodzaju hierarchii w moim własnym życiu.

I tak jest dobrze. Nie musi być miło, lekko i przyjemnie. Oczywiście byłoby zdecydowanie łatwiej, ale dzięki tym trudom potrafię docenić fakt, że pracuję na własną przyszłość, zdobywając doświadczenie, ucząc się nowych umiejętności, uczestnicząc w nieznanych mi wcześniej sytuacjach. Te utrudnienia uświadamiają mi, że mój cel jest jeszcze bardzo oddalony, ale nieważne czy przybliżają mnie do niego małe kroki, czy większe, ważne, że ciągle podążam do przodu i tylko to się liczy.

czwartek, 10 listopada 2011
Zakupy, rozmowy i ciepłe rogaliki

Przybieram się do tego wpisu już od jakiegoś czasu, dłuższego. Książki póki co nie będzie, a propos pewnej propozycji mojej Zr. Chociaż ciąg wydarzeń mógłby zainteresować nie jednego potencjalnego czytelnika... Codziennie, na różne sposoby, zdarza mi się mierzyć z samą sobą. Chwilami nieco się gubię w tych zawodach. Nie mam pewności, czy jeszcze walczę, czy już tylko leżę i nie mam siły wstać, a przez zawroty głowy wydaje mi się, że jeszcze stoję. Skomplikowane? Bynajmniej. W końcu każdy się czasem gubi. Tylko albo odnajduje drogę sam albo nie, albo ma narysowaną mapkę, albo nie, wreszcie albo ma kogoś, kto poprowadzi go za rękę, albo nie. Ja należę do tych którzy mapki nie mają i chętnych do podania ręki w celu obrania właściwej drogi też niekoniecznie, albo inaczej, ja ręki po taką pomoc nie wyciągam.
Czy mi z tym dobrze? Chyba tak, bo przynajmniej nie mam ochoty powiedzieć "to nie moja wina. to nie ja zadecydowałam.", bo o wszystkim co zależy ode mnie, decyduję ja. Bez konsultacji. Już teraz wreszcie. Przyszła pora kiedy odpowiedzialność za własne czyny biorę tylko i wyłącznie na siebie. Wina nigdy nie leży po jednej tylko stronie. A więc moje ewntualne winy spoczywają tylko na moich barkach. Nie powiem, czasem jest mi przez to ciężko, ale ten ciężar ma w sobie też coś pozytywnego, bo doświadcza, a te doświadczenia zamieszkują we wspomnieniach i przestrzegają na przyszłość. Tego bagażu nigdy się nie zdejmuje, nie odkłada się go na bok. On po prostu cały czas jest. I ciąży najbardziej w chwili kiedy wydaje mi się, że gdzieś go zgubiłam.
Tak też było i tym razem, tylko umiejętnie poprawiłam ten bagaż na plecach tak, żeby nie uwierał i chyba na razie przestał o sobie przypominać.
Ostatnio mam tendencje do pisania notek nie związanych stricte z tytułem, tudzież odwrotnie. Ma to się chyba poniekąd do przewrotności mojego życia; Planuję, planuję i już zbieram siędo realizacji... kiedy nagle okazuje się, że nie ma czego realizować. Sorry, Winetou... Mogę sobie popłakać w kącie albo ponarzekać, jaki ten świat jest okrutny... Ale ja wolę zebrać się w sobie, wziąć głęboki oddech i... dalej planować, planować, planować i czekać na odpowiedni moment na realizację. Kto powiedział, że teraz albo nigdy? A może pojutrze?
PS. Rogaliki są kruche i pyszne, z marmoladą w środku. Rozmowa była zaskakująco przyjemna i pozbawiona stereotypów. A zakupy? Zakupy są w końcu zrobione.

poniedziałek, 31 października 2011
Myślenia o sobie ciąg dalszy

Są takie dni, gdy budzę się rano i jedyne o czym marzę to wyłączenie budzika i zakopanie się pod kocem w celu wtulenia się w objęcia Morfeusza na chwil kilka. Są takie dni, kiedy to robię, ale są też takie, kiedy marzenia pozostają w sferze marzeń i bezwzględna sama wobec siebie wyłączam budzik magicznym przyciskiem "STOP", który nader często mylę z przyciskiem "drzemka" i wstaję z łóżka. Wstaję i wyglądam przez okno. Zupełnie jakby odpowiednia pogoda była warunkiem mojego udziału w danym dniu. Przez kilka sekund obserwuję niebo, drzewa, rozglądam się po NASZYM podwórku (tak, czuję się tu jak u siebie, nic na to nie poradzę i to kolejny dowód na to, że moje miejsce na ziemi znajduje się poza gigantycznymi metropoliami, tudzież nawet miejscowościami z więcej niż jednym skrzyżowaniem). Kiedy po paru minutach wychodzę z mieszkania, dzierżąc w dłoniach klucze do stajni, zawsze na chwilę zatrzymuję się na tarasie, opieram się o kolumnę lewym ramieniem, zamykam oczy i pozwalam sobie na codzienny rytuał uświadamiania sobie stanu bycia szczęśliwą. Niezwykły to dar od losu móc czuć to codziennie i zwykle codziennie z większą siłą. Gdy odetchnę juz pełną piersią i poczuję w płucach świeże powietrze, schodzę z tarasu i idąc do stajni słyszę za sobą skowyczące szczekanie Shermana, o ile zapomnę podejść do niego i podrapać go za uchem na dzień dobry. Gdy docieram do stajni, ledwie zdążę dotknąć drzwi i już słyszę radosne rżenie, które należałoby jednak interpretować jako ogromny wyrzut moich podopiecznych na spóźnione śniadanie. Otwieram wrota, wchodzę do środka, rozglądam się, czy wszystko jest na swoim miejscu i z uśmiechem witam "moje" stado. (A czyje, jeśli nie moje? Mimo braku formalnej własności... kto inny wie, że młode klacze nie uciekają już przed dotykiem człowieka, nieujeżdżony "wtórnie" wałach jest już na najlepszej drodze do przyjęcia ciężaru jeźdźca, a ogier - uwielbia się przytulać... i tak dalej, i tak dalej...) Owies rozdaję w ciągu kilku minut i wychodzę ze stajni żeby umożliwić zwierzakom spokojną konsumpcję. W czasie tego wszystkiego z jednego z boksów dochodzą mnie nie mniej wyraźne i równie głośne dźwięki piszczenia/szczekania/skomlenia dwóch szczeniaków, które przypominają, że im również należy się poranna porcja. Przynoszę im zatem śniadanie i wracając ze stajni po raz drugi zwykle natykam się na moich współpracowników: K. i PM. Witamy się zwykle z uśmiechem i jakimś żartem, a na moje "dzień dobry" PM odpowiada w zależnosci od pogody: "Ano dobry, bo słoneczny!", albo "Gdzie tam dobry... jakby nie padało to byłby dobry!".
Rutyna, rzekłby ktoś patrząc z boku. A ja się nie zgodzę. Bo mimo, że schemat rzekomo ten sam, to jednak codziennie coś mnie zaskakuje swoją innością. I to jest ten klucz do szczęścia. Bezpieczeństwo, ale z nutką niepewności. Nie ma stuprocentowej przewidywalności. Gdyby była, nie wytrzymałabym tu dłużej niż to konieczne. A tak, na chwilę obecną, nie chcę nigdzie się stąd ruszać. Może tylko do Lęborka, ale to trzydzieści parę kilometrów stąd, więc w zasadzie się nie liczy.
Kocham tą moją nową codzienność. Chociaż bezwzględnie i uparcie siedzi mi w głowie COŚ, na co jeszcze długo przyjdzie mi czekać, ale robię wszystko, żeby każdy dzień mnie do TEGO przybliżał.
Moje życie. Moje cele. Moje decyzje.
Żałuję tylko, że nie wszystkie...
2. listopada coraz bliżej. Im bliżej, tym gorzej... i będę sama. Tego się bałam najbardziej. Ale... nie można mieć wszystkiego.

piątek, 21 października 2011
Na końcu tęczy...

Poranek pochmurny. Kawa wypita w towarzystwie uparcie przebijającego się przez chmury słońca. Ale chmury nie dały za wygraną i konie wypuszczałam dziś w strugach deszczu. Jednak z drugiej strony świeciło słońce... Spojrzałam w górę i ujrzałam bardzo wyraźną tęczę. Przyglądałam jej się przez chwilę i zauważyłam coś, czego nigdy wcześniej nie dane było mi zobaczyć: koniec tęczy...
Była tak blisko, że niemal mogłam podejść i jej dotknąć. Jej koniec ginął w krzakach po drugiej stronie padoku naszych koni. I mam w związku z tym przykrą wiadomość dla tych, którzy wierzą w bajki i chcą zobaczyć na końcu tęczy skarb. Nie ma go tam... Ale jest też dobra wiadomość, drugiego końca nie widziałam... może to właśnie tam był ukryty... Chociaż dla mnie skarbem była ta tęcza, która przebiła się przez pasmo ponurych dni, osnutych jedną myślą i dała mi nadzieję. Akurat dziś, chociaż wczoraj było jeszcze zupełnie odwrotnie.
Każdego z nas czeka w życiu taki dzień, w którym zaczynamy się zastanawiać nad swoją egzystencją. Z różnych powodów. To po prostu przychodzi. Czasem częściej niż raz w życiu. Nie licząc egzystencjalnych rozważań domorosłych filozofów i głupich mędrców. Dlaczego głupich? Bo nazywają siebie mędrcami. A prawdziwa mądrość objawia się świadomością tego, jak wiele nie wiemy i nie rozumiemy, nie odwrotnie.
Ostatnie dni dały mi nieźle po tyłku. Z różnych powodów. Usłyszałam wiele różnie brzmiących słów; ciepło, czule, żartobliwie, idiotycznie, żałośnie, szczerze... Każde z tych słów jest dla mnie cenne. Bo SĄ. Po prostu są.
Może kiedyś wyjaśnię tutaj o co mi chodzi i skąd ten ton. A może nie... Mam tylko prośbę, póki co, poniekąd anonimową. Westchnijcie jakąś pozytywną myślą 2. listopada. Najlepiej około godz.9. Będę wdzięczna.

poniedziałek, 17 października 2011
A życie i tak wszystko zweryfikuje.

Czy ja kiedykolwiek w życiu narzekałam na nudę? Jeśli tak to uroczyście obiecuję, że NIGDY więcej tego nie zrobię. Bo życie nie daje mi się nudzić. Ni cholery. Pomijając codzienną niecodzienność, czyli niespodzianki, jakie sprawia mi moje nie-moje niesforne stadko, co chwilę dzieje się COŚ, bliżej nieokreślonego, co wywraca moją i tak niepoukładaną rzeczywistość na drugą stronę. Dlatego też nic nie planuję (poza jedną jedyną rzeczą), bo życie i tak ma inne plany wobec mnie.
Dwa dni temu miałam telefon z Instytutu Edukacji i Sportu informujący mnie o organizowanym przez instytut kursie instruktora hipoterapii. Kurs ma się zacząć pod koniec listopada i potrwać do końca kwietnia. Wszystko fajnie, tylko jest jeden problem, jak się okazało, nie do przeskoczenia. Kurs ma się odbyć w Jabłonce k/Szczytna. Czyli nieco za daleko żebym mogła bez przeszkód dojeżdżać co dwa tygodnie na zjazdy. Do Szczytna bym dojechała, ale połączeń do Jabłonki ze świecą można szukać... no i podsumowanie kosztów mogłoby mnie doprowadzić do zawału... Co najmniej 200zł miesięcznie dodatkowo przez pięć miesięcy plus noclegi kolejne 200zł m-cznie i ewentualne papu. Pozostaje mi mieć nadzieję, że zbierze się odpowiednia ilość chętnych na styczeń i zacznę kurs w W-wie pod patronatem PTHip, co też jest ważnym argumentem. Bo ja mam poczynione bardzo konkretne plany w związku z tą organizacją. No, ale to temat na później.
Dałabym wszystko, żeby móc zrobić ten kurs teraz już, no ale niestety czasem trzeba poczekać. Oby w tym wypadku potwierdziło się powiedzenie „co się odwlecze, to nie uciecze...” Bo chyba bym się załamała gdybym nie mogła zrobić tego kursu. Czuję gdzieś w środku, że to jest ta kwintesencja moich działań, że po to żyję, żeby to właśnie robić... Bez tego byłabym jakby „nieskończona”, niedopełniona. Nie ma dnia żebym nie wyobrażała sobie mojego własnego ośrodka... To jest po prostu tak głęboko zakorzenione, że nie da się tego obejść.
A tymczasem nabieram praktyki w aspekcie hodowlanym zajmując się moją gromadką. W międzyczasie zbieram również cenne informacje z rozmów z szefową, na temat dotacji unijnych i wszelkich spraw papierologicznych. Niestety są cholernie ważne i tego też nie da się obejść. Ale objęłam sobie cel i będę do niego dążyć bez względu na to czy będzie łatwo, czy nie. Bez względu na to czy zajmie to więcej, czy mniej czasu. Bez względu na to czy będę tę drogę pokonywać sama, czy znajdzie się ktoś, kto będzie mi towarzyszył. Analizując swoje życie dochodzę do wniosku, że mimo pewnych niedogodności i tzw. znaków „stop” na mojej drodze, udało mi się spełnić pewne marzenia. Nawet jeśli latami musiałam czekać na ich realizację. To nie jest ważne. Czas upływa, a życie toczy się dalej. Jeśli nie czekam z założonymi rękami, tylko walczę o swoje, to w końcu schody zmieniają się w łagodną górkę, a bariery nie do pokonania okazują się małymi kamykami, które łatwo można ominąć. Wierzę w to, że mi się uda. Wierzę i będę to często powtarzać, bo to daje mi siłę do walki z kolejnymi przeciwnościami losu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21